Zakupy, które zrzuciły władcę

Szach Iranu Mohammad Reza Pahlavi nie był lubianym władcą. A powodem wrogości ludu był charakter monarchy. Reza Pahlavi był materialistą i do tego niemalże zadurzonym w zachodniej nowoczesności. Postanowił zmodernizować kraj za pomocą dóbr wyprodukowanych w USA i innych państwach. Pieniędzy krajowi nie brakowało, bowiem miał on olbrzymie złoża ropy naftowej, której eksport zapewniał stały dopływ gotówki. Istniał jeden problem; szach zabrał się za modernizację od niewłaściwej strony. Kupował on bowiem maszyny do fabryk, a nie pomyślał o rozbudowie infrastruktury drogowej i kolejowej czy choćby o rozwoju edukacji. Gdy po miesiącach oczekiwań zachodni ekwipunek docierał z portów do fabryk w głębi kraju, nagle okazało się, że irańscy inżynierowie nie znają angielskiego, nie umieją przez to czytać instrukcji i nie wiedzą, jak pracować z tym, co dostali. Bezsensowne zakupy szacha, który zdaje się myślał, iż ropa i pieniądze ze sprzedaży to jego własność, spowodowały zastój gospodarczy i w efekcie zubożenie społeczeństwa. No i stało się. Pod koniec 1978 roku wściekli Irańczycy wyszli protestować na ulice miast. Rozpoczęła się rewolucja. Mimo brutalnych metod stosowanych przez tamtejszą Służbę Bezpieczeństwa, bunt przeciw władcy zyskiwał masowe poparcie. Wreszcie w styczniu 1979 roku monarcha ustąpił ze stanowiska i opuścił kraj.

Problemy z elektroniką

Elektroniczne gadżety. Są wszędzie. Od mnogości wyboru wśród laptopów, smartfonów czy tabletów można dostać zawrotu głowy. Lech Wałęsa życzył sobie „drugiej Japonii” i przynajmniej w tym segmencie marzenia stały się rzeczywistością. W domach Polacy mają dużo elektroniki, czasem nawet więcej niż potrzeba. I to właśnie jest problem, wbrew pozorom bardzo poważny problem. Elektronika jak to elektronika czasem może zawieść, a nawet zepsuć. Problem w tym, że zbyt często ludzie dają sobie wmówić, że naprawa jest nieopłacalna, bo za droga i lepiej kupić nowy sprzęt. Co dzieje się ze starym sprzętem? Ląduje na śmietniku i uwalnia do gleby setki toksycznych związków chemicznych. Zresztą, problem nie dotycz tylko elektroniki, ale praktycznie wszystkiego, co kupujemy (może oprócz żywności). Proces nazwany „celowym postarzaniem produktów” rozpoczął się prawie 100 lat temu, gdy producenci żarówek – chcąc utrzymać produkcję – założyli nieformalny kartel i zmówili się, iż żarówki nie będą działać dłużej niż 1000 godzin. Od producentów żarówek uczyli się inni, którzy celowo obniżali jakość produktów, by zmuszać ludzi do ciągłego kupowania. Wydaje się, że trend ten trwa do dziś, bowiem wysypiska zawalone są sprzętem wyrzuconym tylko dlatego, że na rynku pojawiło się coś nowszego i lepszego.

Zakupy ratują gospodarkę

W tym samym momencie, gdy kraje Zachodniej Europy zmagają się z kryzysem, stabilność polskiej gospodarki budzi podziw w całej Unii. W Polsce wzrost gospodarczy opiera się na konsumpcji. A nasi rodacy do tego stopnia szturmują sklepy, że 2 lata temu jedna z brytyjskich gazet na swoich okładkach pytała: „Czy ktoś powiedział Polakom, że jest kryzys?”. Każdy ekonomista powie, że siła naszego wzrostu gospodarczego tkwi w tym, że Polacy idą na zakupy i kupują wszystko, czego potrzebują i co im wpadnie w ręce. To, co wprawia Zachód w zdumienie dla nas nie jest niczym niezwykłym. Z prostego powodu. Nikt na Zachodzie nie doświadczył choćby roku życia w systemie socjalistycznym, podczas gdy większość Polaków żyła dziesiątki lat w państwie-bankrucie. Wtedy niczego nie było, a jeśli było, to zawsze za mało. A już przełom lat 70/80 – szkoda mówić. Po przemianach roku 1989 i przejściu gospodarki na kapitalizm, nagle w sklepach pojawiła się cała masa produktów. Zachodni dobrobyt (choć w okrojonej wersji) wreszcie dotarł do nas. I to jest smarowidło zakupowego szału większości Polaków; trzeba odrobić 50 lat komuny, gdy żyło się biednie. Teraz jest kapitalizm i nie kupuje się tyle, ile ktoś pozwala, ale tyle, na ile wystarczy pieniędzy. Kiedy Polacy poczują się syci? Nikt tego nie wie. Dobra wiadomość dla handlowców jest taka, że będzie to powolny proces rozłożony na wiele lat.

Karta dużo warta

Mimo że nie jestem socjologiem ani psychologiem, zdarza mi się obserwować i analizować pewne ludzkie zachowania. I czasem zastanawiam się, czy wynalazki XXI wieku – które w założeniu miały ułatwiać życie – nie ułatwiają go za bardzo. Albo, co gorsza nie ułatwiają życia tym, którym ułatwiać życia nie należy. Weźmy na przykład te małe kwadratowe kawałki plastiku, nazywane kartami płatniczymi, używane do płacenia zamiast gotówki. Jeśli karta padła łupem złodzieja, szczęśliwy nabywca i tak musiał się dużo namęczyć, by zrobić z niej użytek. W końcu nr PIN to miliony kombinacji. Teraz mamy karty zbliżeniowe. Nie trzeba wstukiwać PIN-u, wystarczy przejechać karta po terminalu płatniczym i z głowy. Jakiś czas temu dostałem od mojego banku taką właśnie zbliżeniową kartę. Gdy dowiedziałem się na czym polega ta technologia, od razu zacząłem się zastanawiać, kiedy media zaczną donosić o kradzieżach tychże kart, i długo nie musiałem czekać. Mimo tego ułatwianie w płatnościach na kartach zbliżeniowych się nie zatrzymało. Obecnie powoli, ale coraz popularniejsze stają się aplikacje, które pozwalają na płatności za pomocą smartfona, a już zaczęto ostrzegać przed smartfonowymi wirusami. Dlatego próbując ułatwiać sobie życie na zakupach, warto pamiętać, żeby nie przesadzić, bowiem sami stworzymy okazje, które czynią złodzieja.

Wszystko jest na sprzedaż

Ostatnimi czasy na fali utarczek Komisji Europejskiej z reklamodawcami oraz sprawie ucieczki szpiega Edwarda Snowdena podniosła się kwestia prywatności w Internecie. Nie tylko wywiady państw polują na dane osobowe i nie tylko z powodu bezpieczeństwa narodowego. Kiedy człowiek łączy się z Internetem, na zakupy wyruszają wielkie korporacje. Portale społecznościowe i wyszukiwarki bacznie śledzą każdy ruch użytkownika i drobiazgowo analizują. Tworzy się tak zwany profil, który następnie sprzedawany jest reklamodawcom, a ci składają ofertę pod każdego internautę. Efektem są tzw. „reklamy dedykowane”, czyli takie, które oferują produkty teoretycznie dopasowane do profilu i z lepszym skutkiem nakłonią do zakupu. Szkopuł w tym, że gdy pozwalamy, by taki czy inny portal nas sprofilował nad informacjami o sobie nie mamy już kontroli. Co z tego, że zgodnie z prawem w Polsce właściciele stron internetowych mają obowiązek informować o działaniu plików monitorujących aktywność, jeżeli żaden właściciel nie informuje ani ile wie o człowieku, ani komu sprzedał informacje, nie mówiąc już o tym, że w dobrym tonie byłoby podzielenie się pieniędzmi z internautami, skoro sprzedaje się coś, co należy do nich. Buszując po sieci warto pamiętać, że informacje o przyzwyczajeniach stały się towarem, który opylany jest bez zgody zainteresowanych i warto się zastanowić, ile tego towaru pozwala się opchnąć.

Sprawa niedzielnych zakupów

Ostatnio wróciła sprawa handlu w niedzielę. Na przestrzeni ostatnich lat była wielokrotnie podnoszona, ale kończyło się na niczym. A chodzi o to, by ustawowo zakazać handlu w niedzielę. Jak na razie w niedziele zamykają się małe sklepy, ale już nie wielkie korporacje. W dyskusji nad zakazem handlu niedzielnego po jednej stronie stoją Episkopat i związki zawodowe. Dla nich niedzielny handel jest wbrew religii i poniżej godności pracownika. Konieczność pracy w niedziele jest wyzyskiem i zamachem na więź łączącą rodzinę. Z drugiej strony pracodawcy twierdzą, że zakaz handlu spowoduje obniżenie zysków, spowolnienie gospodarcze i w efekcie zwiększenie bezrobocia. Są tacy, którzy twierdzą, że większość jest w tygodniu tak zapracowana, że nie zrobi zakupów w inny dzień. Mnie zastanawia, czy aby na pewno ludzie nie są w stanie tak zaplanować tygodnia, by w niedzielę obyć się bez zakupów? Jest jeszcze inny problem. Skoro pracownicy sklepów mogą mieć wolne, to czemu nie inne zawody. Lekarze, farmaceuci, hutnicy, kierowcy, kolejarze, dziennikarze i tak dalej, i tak dalej… wymieniać można jeszcze długo. Jeżeli państwo ma zdecydować o wolnym dniu dla handlowców, to w jaki sposób prawnie usankcjonować, kto może mieć wolne, a kto nie?

Zakupy w Internecie

Internet od jakiegoś czasu znajduje się w procesie zastępowania bazarów i galerii handlowych. Portali, gdzie każdego dnia można kupić praktycznie wszystko jest już bez liku. Rzecz w tym, że na zatłoczonych rynkach i w galeriach można paść ofiarą kieszonkowca, a wbrew przekonaniu wielu sieć wcale nie jest bezpieczniejsza. W zasadzie niebezpieczeństwa związane z wirtualnymi zakupami są podobne do tych rzeczywistych. Cyfrowym kieszonkowcem jest haker, który też musi okraść ofiarę i też nie może dać się zauważyć. Przyznam się, że nie robię zakupów wirtualnie, ale dostrzegam jedną dużą zaletę handlu w świecie rzeczywistym. Kiedy człowiek kupuje przez dłuższy okres czasu w tym samy sklepie/u jednego sprzedawcy łatwiej wtedy zdobyć to, co w kontaktach międzyludzkich najistotniejsze – zaufanie. Sprawdzony sprzedawca zawsze dostarczy towar najlepszy, być może po znajomości da zniżkę, a jeśli akurat klientowi brakuje trochę gotówki? Nie szkodzi. Znamy się tyle czasu, można zapłacić później. Ot, zaufanie. W Internecie kupujący i sprzedawca nie znają się, nawet nie widzą swoich twarzy, transakcję zrealizują pewnie raz w życiu i koniec. Oszuści mają pole do popisu. Wystarczy trochę pogrzebać w Internecie, by znaleźć historie ludzi poszkodowanych przez nieuczciwych sprzedawców. Całe szczęście, że tego rodzaju przekręty można zgłaszać organom ścigania, które wezmą się za łapanie anonimowego – w swoim mniemaniu – cwaniaka.

Kiedy kantory będą mniej potrzebne?

Mimo że od wstąpienia do Unii Europejskiej minęło prawie 10 lat, Polska wciąż pozostaje poza strefą euro. Mało tego mimo upływu czasu wciąż nie zaprezentowano projektu przyjęcia przez nasz kraj wspólnej waluty. Euro jest droższe niż złoty, dlatego każdy wyjeżdżający za granicę na wakacje lub zakupy zaciska zęby z niezadowolenia, gdy musi kilka razy liczyć i przeliczać, czy na pewno wystarczy. Importerzy skupujący zagraniczne towary płacą więcej z powodu kursu złotego do euro, a różnicę – rzecz jasna – później odbijają na cenie, którą płacą konsumenci. Może być sobie złoty tańszą walutą, która w teorii mogłaby przyciągać do Polski turystów, ale jeszcze kilka lat takiej polityki i dojdziemy do miejsca, w którym wszyscy dookoła będą mieli wspólna walutę, a my – zamiast być zieloną wyspą – zostaniemy czarną dziurą. Jeżeli klient z zagranicy będzie miał do wyboru kraje, gdzie wszyscy płacą tym samym (co nie znaczy, że tyle samo), po co miałby zawracać sobie głowę Polską, w której teraz jest taniej, ale zaraz może być drożej i jeszcze szukać kantorów do wymiany pieniędzy. Oczywiście im więcej krajów z euro, tym droższe robią się wczasy i zakupy dla Polaków. Weźmy na przykład Chorwację. Teraz trzeba wydać 1,7 kuny za 1 złotego, ale już 7,5 za euro. Niech zgadnie ktoś, co się stanie, gdy Chorwacja przyjmie euro.

Od kredytów konsumenckich z dala

Życie nie jest sprawiedliwe. Gdyby było, żeby kupić mieszkanie czy samochód większość ludzi nie musiałaby brać w tym celu kredytu. A jednak, aby mieć mieszkanie czy auto trzeba wziąć kredyt. Potem spłacać go przez lata, a jeśli kredyt jest w obcej walucie, to trzeba brać jeszcze pod uwagę wahania kursowe. Jednak jak się okazuje nie długoterminowe kredyty są problemem. Prawdziwa plaga to kredyty konsumenckie. Ludzie ulegają reklamie biorą kredyty aż tu nagle mają problem ze spłatą. Nasuwa się pytanie, po co w ogóle brać kredyt na meble, telewizor czy na wakacyjny wyjazd. Przecież media i fora internetowe wręcz pękają w szwach od historii ludzi, którzy nieopatrznie kupili jakieś błahostki za pieniądze z kredytu i teraz nie mają z czego spłacić. Najlepiej za pieniądze z kredytu kupować więc to, co ma znaczenie strategiczne jak mieszkanie czy samochód. Natomiast, ażeby zakupić inne dobra albo zdecydować się na jak najtańszy wydatek, albo zacisną pasa i oszczędzać. Dobrym – choć być może krępującym – pomysłem jest poproszenie o pożyczkę kogoś z rodziny lub przyjaciół. Wtedy rzeczywiście oddaje się tyle, ile pożycza. I zdecydowanie nie należy iść po pieniądze do instytucji, które zajmują się jedynie pożyczkami. Firmy takie zarabiają na pożyczaniu pieniędzy ściągając naprawdę wysoki procent, a klientów nie chroni nałożona na banki ustawa antylichwiarska.

Prawdziwe słuchanie muzyki

Niemalże każdy z nas, w wolnych chwilach, czasem przy wykonywaniu czynności niewymagających zbyt dużej koncentracji słucha muzyki. Jedni traktują ją jako tło, dla innych to pasja i nieodłączny element każdego dnia. Dziś, gdy można jej słuchać za darmo w sieci czy nawet pobrać całe albumy, do lamusa odchodzi kupowanie płyt kompaktowych. Jednak prawdziwi fani swoich zespołów, nie wyobrażają sobie okradania swoich idoli i pomimo niskich oszczędności, odmawiają sobie pewnych rzeczy, aby kupić najnowszy krążek swojego ulubionego wokalisty. Gdyby tak poszperać w sieci, można naprawdę znaleźć płyty świetnych zespołów za niewielkie pieniądze, szczególnie albumy wydane kilka lat temu. Wiele osób zwraca również ogromną uwagę na jakość muzyki. Ta z oryginalnego krążka jest oczywiście najwyższa. Dla koneserów muzycznych słuchanie muzyki z głośników w laptopie mija się z celem. Dlatego warto zainwestować w porządne głośniki, w których będzie wyraźny każdy dźwięk. Wybór jest ogromny i przy zakupie należy kierować się własnymi upodobaniami. Jeśli zależy nam na naturalnym dźwięku wybierzmy głośniki 2.0. Dla osób lubiących wyższy bas, najodpowiedniejsze będą 2.1. Nie jest powiedziane, że musisz wydać fortunę na bardzo dobre głośniki. Zacznij od tych w przystępnej cenie przechodząc stopniowo do najwyższej półki i ciesz się radością słuchania.

rss facebook twitter
Designed by